Ty, przed Tobą świat, za Tobą ja, a za mną już nikt…

Nikt tu nie postanawia umrzeć. Nie pretensja i jej śmieszność targają zmysłami. Raczej niezłomność, hardość, wilczy instynkt głównej bohaterki. Reginy, frau Bergner, niezniszczalnej kobiety w zamkniętej sztuce życia.

Przyznam się, choć z niejakim wstydem, że nie mogłem się powstrzymać, nie dawałem rady opamiętać się w dążności do pokonywania kolejnych stron. Regina zamyka drzwi” Jacka Melchiora czytałem wraz z duchem zmarłego Gabriela Garcii Marqueza. On jako pierwszy dał mi pokojowo po twarzy „Rzeczą o mych smutnych dziwkach” – książce okrzykniętej jako zmierzch twórczości wielkiego noblisty, a dla mnie uosobienie wspaniałej literatury. Wtedy po raz pierwszy odczułem głód życia wynikający z nadciągającego zmierzchu, jako próbę wyegzekwowania ostatka energii z tego, co pozostało. Minął szmat czasu, dziesiątki tysięcy stron książek dobrych i takich sobie. Dziś nie mogłem się powstrzymać, nie umiałem Reginie odmówić.

regina-zamyka-drzwi-390

To właściwie nie jest recenzja. Nie chcę pisać o fabule jako takiej, chociaż została zbudowana bardzo sprawnie, a narracja tasująca rzeczywistość z reminiscencjami przeszłości robi świetne wrażenie. To co jest dla nie najbardziej frasujące, to myśli przy końcu drogi, to ostatnie spotkanie dziecka z rodzicem, na które wielu nie stać. Może nie powinno mnie to nawet dziwić, przecież trzeba się wówczas mierzyć nie tylko z odchodzeniem, ale i z jeszcze tlącym się życiem, jego oznakami, dokonaniami i wspomnieniami tych dokonań. Przecież nikogo zazwyczaj już wtedy nie ma przed nami, stajemy się kolejnym pokoleniem na wydaniu śmierci.

Paweł nie ma wyboru, zostaje przyłapany. Wiedeń, matka po operacji, jeszcze niedawno dziarsko hasająca po ulicach miasta, teraz przyczajona na tyłach życia. Ona już nie taka sama, on wprost przeciwnie. Przynajmniej wobec niej. Pełen podziwu i strachu, krytyki i szacunku. Krytyki ukrytej, niemej dla niej i otwartej nagany dla siebie. Regina niby trwa w defensywie umykającego czasu, co jednak nie przeszkadza jej urządzić demonstracji siły swojego charakteru. On, zgodnie z oczekiwaniem swoim oraz niechcianym(?) oczekiwaniem jej, wyraża kapitulujące posłuszeństwo i pełzające słabości.

W tym wszystkim jest jakiś elan vita, jakaś dziwna, gorzka radość z pojedynku, jaki stoczyła z losem. Prowokowała życie, wskakiwała mu na grzbiet i tłukąc go po nim, gnała przez świat, choćby za cenę upokorzenia półek z warzywami na peryferiach swoich marzeń. Teraz, gdy ona nie może już nic, asystuje w odpływaniu przez Champs-Élysées wspomnień jej jedyna miłość, jej ukochany syn. Docierają na krańce świadomości, ona rozumiejąc wszystko, on nie pojmując nic, po drodze rozbrajając depozyt bankowy i żegnając się zbawienną mocą alkoholu.

Zawsze w cieniu jej żywiołowości, zaradności, niezniszczalności. Nawet wtedy, gdy Paweł przełamuje się wobec matki i podejmuje desperackie działanie ratujące ją (chociaż jego bardziej) od hańby pospolitości supermarketu i krytycznych spojrzeń niewyrafinowanej gawiedzi. Cóż z tego, skoro użył do tego genów matki, jej decyzyjności, odwagi, bezkompromisowego myślenia. Znów wszystko dzięki niej i przez nią jednocześnie.

Paweł nie jest manekinem, nie powinien mieć żadnego poczucia winy. To tylko życie, powinien częściej rozmawiać z Bernhardem. Albo z Jelinek, która w „Pianistce” pisze: Ta staruszka właśnie wsiadła, nie zgłaszając tego konduktorowi. Myśli sobie, że uda jej się zataić swoje wejście, tu do wagonu. W zasadzie dawno już wysiadła ze wszystkiego i ma tego świadomość. Nie wiadomo, za co miałaby płacić. Bilet na tamten świat ma już przecież w torebce. A taki bilet musi być ważny także na tramwaj”. Ja myślę, że z taką literaturą Jacek Melchior ma szansę w rozmiarze XXL, by śmiać się niebawem ze swojej mocy opowiadania historii, bawić się świetnie ze swym „ha!”-sarkazmem. Szczególnie wtedy, gdy nic nie jest takie, jakie się wydaje.

Reminiscencje z Northallerton

Niedziela, dzień wolny od pracy, 11.30. To właściwie stało się niekwestionowanym elementem mojego skromnego życia towarzyskiego w Northallerton. Kilka minut przed wyznaczoną godziną dreptałem przez High Street na poranną kawę z Markiem. Zazwyczaj chodziliśmy do sieciówki Nero, siadaliśmy przy tym samym stoliku i rozmawialiśmy. Właściwie o wszystkim, o Polsce, o Anglii, o ludziach, Marlenie Dietrich, Joannie Lumely czy Bette Davis. Przerobiliśmy przy tej kawie, sporadycznie zielonej herbacie, Hitchcocka, sytuację polityczną na Ukrainie, diagnozę społeczną Brytyjczyków, polską ksenofobię i koncerty Lady Gagi. Mark jest jednym z grona tych ludzi, którzy pobyt na Wyspach uczynili dobrym i pamiętnym.

10425440_465054066966246_5820665187803300293_n

High Street, Northallerton. Foto: Loic Tran

Opróżnione filiżanki stanowił znak, że zaraz nawiedzimy miejscową księgarnię Waterstone`s, Jak na tak niewielką miejscowość, asortyment miała imponujący. Rzadko jednak znajdowałem coś odpowiedniego dla siebie. Nie dlatego, że nie było czegoś, co by mnie wystarczająco absorbowało. Nie czułem się jednak na tyle pewnie ze swoim angielskim, aby z takim entuzjazmem kupować książki, jak robiłem to dotąd w Polsce. W każdym razie skusiłem się m.in. na „Carrie” Stephana Kinga, autobiografię Andy`ego Murraya czy angielską wersję „Pianisty” Władysława Szpilmana. Swoją drogą Waterstone`s ma w swoich zasobach naprawdę pokaźną kolekcję biografii i autobiografii najprzeróżniejszych postaci. Wydaje mi się, że polski rynek wydawniczym nie może pochwalić się takim rozmachem.

Ze sklepów najbardziej lubiłem chodzić do Wilko, gdzie kupowałem większość rzeczy dla domu. Daleko nie miałem, bo znajdował się vis a vis mieszkania. Za niewielkie pieniądze można tam kupić niemalże całe wyposażenie domu wraz narzędziami. Właściwie tylko meble są niedostępne w formie sprzedaży bezpośredniej. Natomiast zainteresowany ich kupnem może zamówić je przez firmową stronę internetową. Mam duży sentyment do Wilko, ponieważ tam poznałem swoją ceramiczną sowę-lampę o imieniu Bernadette. Długo się zastanawiałem, czy to dobry pomysł, aby ją kupić, czy to nie będzie zbędny gadżet, ale jej cierpliwe czekanie na sklepowej półce przekonało mnie, że warto. Teraz razem czytamy książki, gdy zmrok zalewa Warszawę.

IMG_6806

Bernadette, foto: Loic Tran

W Northallerton miałem jeszcze dwa ulubione miejsca. Mianowicie park, który znajdował się za kompleksem budynków zdominowanym przez handel. Mieści się w nim m.in. kawiarnia Costa Coffee, supermarket Morrisons czy charity shop Sue Ryder. Nie miałem może zbyt wiele okazji, aby tam przesiadywać, ponieważ dość późno odkryłem jego urok. Natomiast pod koniec mojego pobytu w Anglii, jeśli tylko możliwość z ochotą grały w jednym zespole, lubiłem zatopić się w miejscowy półmrok, pooddychać wilgotnym powietrzem i udać się w dalszy obchód niezbyt obszernymi dróżkami i ulicami do nowej części miasteczka. Odwiedzałem ten zakątek kilka razy i każdorazowo zastawałem identycznie pulsujący spokój, ciszę, jakąś formę odłączenia od rzeczywistości. To mogło irytować na dłuższą metę, ale dla tych, którzy cenią sobie i są spragnieni spokojnego życia, ta część Northallerton mogłaby być realizacją ich marzeń.

10629773_465054560299530_4940069431791319919_n

Jedna z bocznych uliczek w Northallerton, foto: Loic Tran

Częste zmiany miejsca zamieszkania spowodowały, że niektórzy znajomi zaczęli nazywać mnie człowiekiem drogi. Coś w tym jest, pomijając fakt nieustannych poszukiwań swojego miejsca, to w rolę ulubionego punktu miasta wcieliła się South Parade, … droga prowadząca na skromny dworzec kolejowy. Aleja, której pobocza zazwyczaj wypełnione były samochodami, przyjaźnie zapraszała do podróży w nieznane. Domy odprowadzające podróżnych do stacji, w większości tradycyjne, z samej cegły, robiły wrażenie drogich i na swój sposób dystyngowanych. Lubiłem tę ulicę szczególnie wtedy, gdy okoliczne drzewa pokrywały się zielenią. Wracając jednak do stacji kolejowej, Northallerton jest bardzo dobrze skomunikowane z dużymi miastami, takimi jak Newcastle, Middlesbrough, Liverpool, Leeds, Manchester, York czy nawet Londyn. Choć wielu okazji do podróży nie miałem, to kilka miejsc udało mi się odwiedzić. Dlatego w pierwszą podróż wezmę Was do Newcastle.

DSC00766

South Parade, Northallerton. Foto: Roger Weichert

Człowiek, którego nie chciałbym znać

angole_new1

Ponad dwa miesiące za mną. Tyle czasu minęło od mojego powrotu z emigracji. Wciąż pamiętam ostatnie dni, wieczorne spacery mokrymi ulicami małego miasteczka, w którym przez blisko osiem miesięcy żyłem. Nadal nie mogę opędzić się od orwellowskiej wizji świetnie zorganizowanego i pozornie posłusznego społeczeństwa, wspólnoty miłej, lecz obojętnej, niezaangażowanej, oddanej konsumowaniu, a nie życiu.

Godzina 21, podążam ulicami oddalonymi od głównej arterii miasteczka. Idealna cisza, samochody, w wojskowym szyku, jeden za drugim, wypełniają pobocza ulic. Gdzie niegdzie rozlewa się łuna wydobywająca się z wielkiego telewizora plazmowego. Zauważam, że drzwi jednego z szeregowych domów otwarte są na oścież. Stoi w nich kobieta, zupełnie niestara, pali papierosa i rozmawia przez telefon. W tle świeci się światło i dokazuje telewizor. Idę dalej. Przypomina mi się mania miejscowego lenistwa, szczególnie w piątkowe wieczory, wówczas pracowałem jeszcze w pizza shopie. Tabuny ludzi przychodziły do małego lokalu zamówić jedzenie lub to, co je imitowało. (Z przesadnie bogatego menu lubiłem tylko pizzę i tylko tę, którą przygotowywał Mark). Kupowali pozbawione wartości odżywczej dziadostwo, tłuste, niskiej jakości wyroby, którymi z pasją się obżerali. Szybko rozpoznałem stałych klientów, dla których wizyta w naszym punkcie nie była jednorazowym wyskokiem i nieistotnym objawem pofolgowania swoim zwyczajom. Całe rodziny żywiły się w ten sposób. To już nawet nie był zwyczaj, lecz fetyszyzowany rytuał, który zbliżał ich ciała do kulistej doskonałości. Zagniewani, że muszą czekać (oczywiście nie wszyscy, niektórzy byli bardzo cierpliwi, a inni nawet zakłopotani, że mimo swojej tuszy nadal jedzą fast food), napierali na lodówkę zwarzywami i napojami, aby zajrzeć, czy aby ich zamówienie jest realizowane. Zazwyczaj do 21 był szał zamówień na miejscu i z dostawą do domu, w soboty większym powodzeniem cieszyły się nawet te, które kierowca woził, bo ludzie wygłodniali oczekiwali wieczornych talent show w telewizji.

Część ostro zasuwała na to, aby po pracy nic nie robić, a inna część ostro zasuwała na benefitach, aby zdobyć ich jak najwięcej. Jakkolwiek by nie czerpali środków do życia, byli zazwyczaj bardzo mili, co przypadło mi do gustu, ale też „uroczo” powierzchowni i zupełnie niezainteresowani głębszymi relacjami. Pewnie również ze względu na to, że byłem imigrantem. Rzecz jasna, nie mam o to żadnych pretensji, wykazuję dla tej postawy dużo zrozumienia. Dla obojętności i powierzchowności jednak nie.

Kilka dni temu wpadł mi w ręce reportaż Ewy Winnickiej „Angole”. Poprzez wywiady uczestniczące przekrojowo pokazała populację polskiej emigracji przebywającej w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Książka bardzo mnie poruszyła. Nie zmieniła mojej wizji wyspiarzy, jedynie ją potwierdziła. Segregacja, słaby poziom edukacji, kastowość oraz majątkowo zdeterminowane społeczeństwo, które zajęte jest posiadaniem, a nie byciem. Zaraz mi ktoś powie, że w Polsce jest tak samo. Nie jest, choćby z tego względu, że polska opieka socjalna ma charakter fasadowy, trudy życia wynikające z braku środków do przetrwania skłaniają do większej pomysłowości, ale również do umiejętności doceniania tego, co się zdobyło i dokonało. Ze względu na to rodzi się przestrzeń dla świadomego przeżywania własnej historii. Inną sprawą jest to, kto i jak z tej płaszczyzny korzysta.

Nie oznacza to, że w Anglii nie ma mądrych i wspaniałych ludzi. Są, na szczęście miałem okazję takich poznać i spędzić z nimi trochę czasu. Niemniej jednak to życie pozbawione zaangażowania, zanurzenia się w coś więcej niż tylko grubość portfela, nie jest dla mnie. Nie umiałem się w tym odnaleźć. Niektórzy znajomi czekają tylko aż zakomunikuję, że powrót do Polski był błędem, perwersyjnie przebierają nogami, abym przyznał się nie tyle do swojej klęski, błędnej decyzji, ale przede wszystkim nazwał Polskę pełzającą katastrofą. Rzeczywiście, nie mam dobrego zdania o kondycji ojczyzny, do szewskiej pasji doprowadzają mnie różne aspekty życia, choćby te światopoglądowe, które krępują deklarowane konstytucją swobody obywatelskie. Jestem również niezadowolony z poziomu życia, a raczej przeżywania, próby przetrwania danej mi egzystencji. Jednakże te osiem miesięcy uświadomiły mi, że wolę klepać polską biedę niż wtłaczać w siebie angielską sytą obojętność. I jeszcze jedno. Druga połówka na emigracji nie pomoże. Ani w postaci butelki, ani człowieka. To nie jest żadna gwarancja udanego pobytu poza granicami kraju.

Ewa Winnicka przeniosła mnie na jakiś czas w sferę świeżych wspomnień. Dziękuję za tę możliwość utwierdzenia siebie, że mimo niełatwych warunków życia w Polsce, zdecydowałem się wrócić. Może bym się nie stoczył, nie zapił ani nie zaćpał. Obawiam się jednak, że stałbym się człowiekiem, którego nie chciałbym znać.

Ars amandi, Vita brevis

Tydzień odjechał w niepamięć. Tydzień temu delektowałem się Żuchowskim. Entuzjazm nie zniknął, entuzjazm dojrzał, rozsiadł się, zamarł i w żalu się skulił na okoliczność obcości i odległości od słów Żuchowskiego. Pięknie się tam śpiewa, cudownie wiruje tańcem, w końcu ARS AMANDI, VITA BREVIS.

Jedźmy, wracajmy. Jadę i wracam z tym samym podejrzeniem, z tym nieznośnym przekonaniem, że Polska się nie zmieniła pod moją nieobecność.

 mam pewność graniczącą niemal z podejrzeniem

Że kłamiesz czyli pewnie słusznie podejrzewasz

Że się nie zmienisz i że się nie zmienię

 (Villanella z podejrzeniem)

 Zaglądamy sobie w oczy, stąpamy sobie po piętach, prześladujemy się sprzężeniem zwrotnym naszych historii i uwarunkowań. Polska mi po głowie, ja po głowie Polsce. Tak sobie trwamy na odległość w tym cholernie śmiertelnym uścisku, choć to miłość, mam przeczucie jednostronna, idiotyczna, bo Polska tych miłości miała wiele, ja ledwie… no właśnie. Jakby jednak nie było, tęsknię i wracam z własnej woli. Z woli własnej, lecz z wyboru skąpego, ciasnego, uwierającego, bardzo skończonego swoją dwubiegunowością.

nie wiem skąd mnie naszło silne przekonanie

że ktoś mnie dopadł i związał i dlatego drętwieją mi ręce

a byłem tylko za mocno wtulony w twoje plecy

 (Villanella z bólem dziąseł)

I poprzez plecy rzeczone, z bólem dziąseł, rzecz jasna, oglądałem świat. Wiecznie widząc plecy: języka, ludzi, przyszłości, teraźniejszości i przeszłości. Wszędzie plecy wtulone w siebie klaustrofobicznie, wszędzie osaczenie, które ostatecznością swoją wywołało do tablicy moją dobrą wolę i dobra wola, jak Mojżesza przez Morze Czerwone, teraz mnie wywiedzie przez otwartą wodę, lecz na skrzydłach fruwających marzeń konstruktorów spadających maszyn.

 lepiej nie usnąć przestrzegają jałowe minuty

Przedświt się sroży najeża rozszerzone źrenice

Znowu ma

 (Villanella z brwiami)

Jeszcze nie ma, ale mieć będzie. Jeszcze miesiąc, więc oczu nie zamykam, nadziei nie wyłączam, czujności nie studzę, oddechu nie spowalniam. Tym bardziej, że czeka mnie wszystko to, na co czekam, co kocham i za czym tęsknię. Przyjaciele, rodzina, znajomi. Tylko z Hertą  Müller znów się zgadzać nie będę, bo pewnego dnia znów zapyta „Co robi się w niedzielę z pełnymi kieszeniami i pustymi sercami?”. No właśnie, a co, gdy kieszenie i serce pustką śmiać się zaczną? Wtedy przyjdzie mi uznać niedzielę za zwykły dzień, żadne święto, żaden konfesjonał dla codzienności. Moje nogi, jak wiatraki, będą mnie przenosić z miejsca na miejsce w survivalowej pieśni przetrwania w szklano-betonowej dżungli, której nie zamieniłbym na nic innego. Tam-tamy klaksonów, wrzasków, nieokiełznanej muzyki radości i dramatów miliona i więcej mieszkańców stało-przelotnych, informować będą, że tutaj jest moje życie, tu jest wszystko to, czego mi trzeba, a dom wreszcie zawitał do domu.

 Diagnoza to prognoza; w takiej obietnicy

„Nic” wybija się ostro. Teraz, przed zaśnięciem,

Gdy sam dla siebie jestem znów w drugiej osobie,

Dla ciebie będąc trzecią, najwyżej ocalę

Stan krytycznie stabilny: zawał po zawale

 (Tarantella z 38,9 ° C)

W stanie krytycznie stabilnym wracam do miejsc swoich, do Żelaznej, do Krochmalnej, do Mokotowskiej, do Mozarta, do Hali Mirowskiej, na Bytnara. W stanie krytycznym na Mroczną wpadnę, Żoliborz odwiedzę, na Wolską się przejadę, zawrócę na Służew i Sadybę. 11 listopada odwiedzę z przekory 5, bo wtedy moje urodziny. Udam, że jadę metrem, którego budowy końca nie widać. Plac Szembeka zatrudnię jako miejsce mojego przesiadywania. Rembertów taranować zamierzam wiedzą, choć pewnie niewiedzą bardziej. Wzdłuż, wszerz, północą południe, a wchodem zachód nawiedzać. Zawał po zawale, zawałem w Warszawie.

Ucieczka od języka

Obrazek

Fot. Krzysztof Miller/Agencja Gazeta

Czasami wytrzymałość wybija we mnie północ – swój szczyt. Cienką niebieską linię namalowaną ultrafioletem. Niezauważalną, ale wyraźnie wyczuwalną. Więcej języka nie jestem w stanie wchłonąć. Więcej zdań, pytań, obcojęzycznej ciekawości, niewinnego treningu wciągania w obcą kulturę, nie potrafię wytrzymać. Wtedy się wyłączam, czynię swój mózg niepełnosprawnym, język niemym, wzrok nieobecnym.

Staję się odporny całym ciałem na wszelkie komunikaty, na jakąkolwiek wiedzę, na choćby najmniejsze interakcje. Wykres aktywności mojego mózgu osiąga idealną linię ciągłą, perfekcyjny ruch jednostajny. Zamiera każdy aspekt związany z komunikacją interpersonalną. Udaję się na wewnętrzną emigrację, chcę tylko milczeć i nie słyszeć niczego, co zaburzałoby moją ucieczkę od języka. Mój powrót do wewnętrznej równowagi.

 

Śmiertelna pokusa władzy

Obrazek

To jest coś więcej niż współczucie i niepokój wywołane cudzym nieszczęściem. To zdecydowany strach, że i do nas zawita wygłodniała ambicja potężnego człowieka chorego na władzę. Niewykluczone, że tak się stanie, niewykluczone, że żarłoczne ego popchnie go do szaleństwa chęci posiadania wszystkiego w sposób bezwzględny, totalny i zdehumanizowany.

Tymczasem, jeśli pogłoski o finansowaniu ukraińskiego przewrotu przez Amerykanów okażą się prawdziwe, to Władimir Putin może popaść w poważne tarapaty. Z jednej strony Stany Zjednoczone wabiące w potrzask niedomagającą gospodarczo Rosję. Z drugiej strony Chiny, które popierają Ukraińców w ich dążeniach demokratycznych oraz w wysiłkach związanych z utrzymaniem integralności terytorialnej.

Wojna oznacza interes. Stanom Zjednoczonym byłaby na rękę choćby po to, aby przywrócić blask mitowi amerykańskiemu snu, aby zasypać przepaść ogromnego zadłużenia i doprowadzić do renesansu amerykańskiej hegemonii w świecie (co się nie stanie). Chiny partycypując w wojnie, w razie potrzeby pozbyłyby się rzeszy mężczyzn (bez szczególnych obiekcji), którzy poprzez swoją nadwyżkę nigdy nie będą w stanie ułożyć sobie życia z kobietami pozostającymi w deficytowej defensywie, upośledzając poważnie rozwój demograficzny społeczeństwa. Można byłoby kontynuować tę zabójczą spekulację. Niedorzeczną zresztą, prawda?

Tylko, mili państwo, co w wojnie jest racjonalnego? Co racjonalnego można odnaleźć w instynktownym pożądaniu władzy, bezrefleksyjnym używaniu atrybutów głowy państwa, egzaltacji syndromem bóstwa, które rządzi i dzieli. Co racjonalnego jest w konwertowaniu polityki w formę religijnej histerii  o politycznym zabarwieniu?

Dziś broni swoich współziomków, jutro Tobie życie daruje, a Tobie odbiorze. Zburzy granice, rozsiądzie się bezczelnie tam, gdzie tylko będzie w stanie rozlać swoją nienawiść i nienasycenie. Dalej czeka już tylko podróż w odrealniony kosmos własnych ambicji, w którym czai się bezwład, pustka i samobójstwo. Oby jak najprędzej to ostatnie nadeszło, w dowolnej formie. Oby potwór zaczął zjadać swój własny ogon.

Obietnica zdziwienia

Obrazek

Chcę, a właściwie niezmiernie potrzebuję wyrazić swoje zdziwienie. A raczej zdziwienia, bo ich mnogość nadgryza mnie dnia każdego, czyniąc życie fascynujące, ale również złośliwie uwierające, miejscami i czasami.

Przy okazji zdziwienia, towarzyszy mi również zagubienie spowodowane zastaną przestrzenią Internetu. Tak wielu obecnych, a tak tu pustynnie i kurzem pojedynczości zawiewa. Niby zderzam się z tą materią od kilkunastu lat, a ja wciąż w zdziwieniu trwam, oczy okrągłe krągląc bardziej, bo też ludzki pęd do komentowania wszystkiego, wszystkich i w każdy dostępny sposób, ciągle zaskakuje mnie swoją różnorodnością form, standardów, a najczęściej ich brakiem. To stwierdzenie nie gości uprzejmości, rzecz jasna. Tyle że nie od tego jestem, by być uprzejmie zdziwionym.

Obiecuję nie być. Grzecznym. Obiecuję być. Zdziwionym.

Niezobowiązujące refleksje o skomplikowaniu i niefrasoblwiości ludzkiej natury.

mrówkodzik

czyli mrówkojad lub dzik

CAVIARDAGE

k a . v j a ʁ . d a ʒ

%d blogerów lubi to: